Śledztwo trwało od 2016 roku. W jego toku powoływano świadków z Izraela i z USA. Sama Irmgard Dicksen zeznawała jeszcze w 1954 roku. Twierdziła wówczas, że przechodziła przez jej ręce cała korespondencja, ale że nie wiedziała nic o zabijaniu ludzi gazem. Tymczasem jej stanowisko pracy oddalone było zaledwie o kilka metrów od miejsc, w których mordowano więźniów.
W latach powojennych trudno było jednak skazywać byłych ssmanów, bo prawo RFN wymagało udowodnienia indywidualnej winy. Dopiero dziesięć lat temu, w procesie byłego strażnika obozu zagłady w Sobiborze Johna Demjaniuka, sąd uznał, że sam fakt udowodnienia pracy w obozie wystarczy jako uznanie świadomości zbrodni i współuczestnictwa. To był precedens dla wyroków w sprawach o pomocnictwo w zbrodniach.
96-letnia Irmgard Dicksen stanie przed sądem dla nieletnich, bo w czasie kiedy była sekretarką w Stutthofie, miała 18 lat, w świetle niemieckiego prawa była więc małoletnia.