Uniki, ucieczki od pytań i osobiste wycieczki - to główne akcenty zeznań w sprawie afery Amber Gold. Przed komisją stanął były minister finansów w rządzie Platformy Obywatelskiej Jan Vincent Rostowski, ale jego zachowanie uniemożliwiło merytoryczny przebieg przesłuchania.

Na przesłuchaniu mało było miejsca na merytorykę. Już na samym początku świadek, korzystając z prawa do swobodnej wypowiedzi, postanowił sprowokować komisję. Nie udało mu się to, ale nadało za to ton niemal wszystkim jego późniejszym wypowiedziom. Na zadawane pytania Rostowski odpowiadał z ociąganiem, uciekając w dygresje i ogólniki. Traktował komisję z wyraźnym lekceważeniem i cynizmem. Nie powstrzymywał się także przed osobistymi wycieczkami w stronę członków komisji. Świadek przyjął strategię nie dopuszczenia do sprawnego przebiegu przesłuchania, co wielokrotnie próbował osiągnąć uniemożliwiając zadawanie pytań. Mimo to, pytania padły - między innymi o wadliwe - nie tylko wobec Marcina P. - działanie urzędów skarbowych w Gdańsku. Były minister wysnuł zaskakującą tezę, że gdyby placówki działały prawidłowo, przebiegły oszust miałby znacznie więcej możliwości ocalenia swojej piramidy finansowej. Minister Rostowski zeznał także, że to Parafianowicz zasugerował, żeby ministerstwo nie włączało się w sprawę bezpośrednio, (choć wywiad skarbowy ma takie uprawnienia), a zamiast tego współdziałało z ABW. Z kolei z zeznań funkcjonariuszy Agencji wynika, że współpraca przebiegała bardzo źle. Generał Bondaryk zeznawał za to, że minister Rostowski sprawę na początku zbagatelizował. Były minister nie zgadza się z treścią tych zeznań i przekonuje, że zainteresował się sprawą od razu. Jednak sam przyznał, że wiceminister Parafianowicz nie składał mu żadnych raportów o postępach współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego.