Henryk Jagielski - były opozycjonista i pracownik Stoczni Gdańsk - pozywa byłego prezydenta Lecha Wałęsę. Przed sądem domagać się będzie przeprosin za nazwanie go tajnym współpracownikiem. Lech Wałęsa miał w ten sposób określić Henryka Jagielskiego w styczniu bieżącego roku na konferencji organizowanej przez IPN.

Sprawa ruszyła przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Byłego prezydenta nie było na sali rozpraw, Henryk Jagielski stawił się osobiście. Jak mówi były opozycjonista, chodzi o sprawiedliwość. Były prezydent został pozwany przez swojego kolegę z wydziału W4 Stoczni Gdańsk za słowa, które padły w styczniu w czasie tej konferencji naukowej w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej. Lech Wałęsa miał stwierdzić, że Jagielski współpracował z SB oraz dopuścił się pobicia innego stoczniowca.

Przed sądem przesłuchano dwóch świadków. Jako pierwszy zeznawał Krzysztof Wyszkowski – były opozycjonista, który jako jeden z pierwszych zaczął oskarżać Lecha Wałęsę o współpracę z bezpieką. Jak mówił po wyjściu z sali rozpraw – sprawa potoczyła się inaczej niż oczekiwał. W czasie przesłuchania świadków sąd starał się nie wchodzić w rolę sądu lustracyjnego i unikał oceniania wydarzeń z przeszłości. Stąd też główne zainteresowanie skupiło się na wiedzy z zakresu działalności SB oraz tworzenia archiwów.

Po wyjściu z sali rozpraw Henryk Jagielski nie ukrywał zadowolenia. Lech Wałęsa utrzymuje, że jest niewinny, a wiedzę o agenturalnej przeszłości Henryka Jagielskiego miał czerpać z książek.

Kolejną rozprawę zaplanowano na 23 czerwca. Ma zostać na niej przesłuchanych trzech byłych pracowników Stoczni Gdańsk.