Po burzy wychodzi słońce. W historii Weroniki Studzińskiej, ze wsi Kosobudy, to zdanie nie jest jak wytarty slogan, ale rzeczywistość. Nie byłoby szczęśliwego zakończenia dla rodziny, która prawie straciła dom w ubiegłorocznej nawałnicy, gdyby nie jeden człowiek.

Mają 10 i 11 lat, a przeżyły tyle co nie jeden dorosły. Inaczej – niejeden dorosły nie przeżył tyle, ile Nadia i Wiktoria. W czterdzieści minut, w sierpniowy, piątkowy wieczór one myślały, że to już koniec. Kosobudy koło Brus znalazły się w centrum piekła. Ich dom na uboczu, one same, wzięły co zdążyły wziąć i uciekły. Rano wróciły. Do domu bez dachu, do popękanych ścian i wybitych szyb. Ale razem całe i zdrowie.

Potem bezradność, nie wiadomo za co się złapać, wiadomo było jedno - nie mogły tam zamieszkać, bo dom w każdej chwili mógł się zawalić. I wtedy w najgorszym momencie życia pojawił się on. Człowiek stamtąd, Kaszuba z krwi i kości. Zaczął działać, skrzykiwać znajomych, robić zbiórki, a przede wszystkim ciężko pracować. Dziewczyny nie tylko kibicowały.

Może już w czerwcu, może na początek wakacji wrócą do siebie. Do domu z dachem, równymi ścianami i szybami w oknach. Ale ze zbiórek pieniądze idą jak woda, ciągle na coś brakuje, dlatego pan Jan dalej działa. Na scenie w gdyńskim klubie młodzi wykonawcy. Bilety cegiełki. Żeby było za co kupić podłogę, kuchnię i dachówki.

Jak mówi tak będzie – zawsze dotrzymuje obietnicy mówi pani Weronika. A do przeżyć Nadii i Wiktoria dopisało się kolejne, tym razem szczęśliwe.