Na stadionie Narodowym stanęli na wysokości zadania i finale Pucharu Polski pokonali faworyzowanego Lecha Poznań. Po powrocie do Gdyni piłkarze Arki stanęli na dachu klubowego autokaru i wznieśli w górę Puchar Polski wśród wiwatów kilku tysięcy ludzi, którzy przyszli ich powitać.

Tłum przy stadionie na Olimpijskiej gęstniał już od godziny 14. Wielu kibiców z wyraźnymi śladami zmęczenia podrożą do Warszawy, wielu ze zdartymi gardłami, ale wszyscy nieprawdopodobnie szczęśliwi.

Wśród witających także gwiazdy tamtej Arki z Pucharem z 1979 roku z wyraźnym uczuciem ulgi, że w tym panteonie gwiazd doczekali się następców.

I o to są - piłkarze i trofeum, a wraz z nimi nieprawdopodobna fura szczęścia i satysfakcji. A do tego odpowiedzi na pytanie jak to możliwe, że najniższy w polu karnym Rafał Siemaszko jest wstanie wygrać pojedynek główkowy z rosłymi obrońcami Lecha. I jakim cudem Luka Zarania jest wstanie przebiec ponad połowę boiska mijając przeciwników jak tyczki i przypieczętować zwycięstwo Arki.

Gdzieś z boku tej fety trener Leszek Ojrzyński - finał dostał w spadku po swoim poprzedniku i już zapowiedział przekazanie swojego medalu Grzegorzowi Nicińskiemu, ale zwycięski pomysł na mecz z Lechem to już jego dzieło.

To początek świętowania w Gdyni. Kolejna już oficjalna feta w sobotę. A potem drugie ważne zadanie - walka o utrzymanie w ekstraklasie.