Jej pozostałości mogą powodować owrzodzenia i choroby ryb. Oprócz tego niszczy też morską roślinność. Chodzi o niechlubne pamiątki z czasów II wojny światowej - broń chemiczną leżącą na dnie Bałtyku. Przez wiele lat problem bagatelizowany - teraz nabiera znaczenia. Naukowcy zebrali się na Międzynarodowej Konferencji w Sopocie, żeby opracować nowe metody oceny ryzyka wydobywania niebezpiecznych substancji.

Mina odnaleziona na dnie Martwej Wisły pod koniec stycznia. W jej wnętrzu znajdowało się ponad 700 kilogramów materiału wybuchowego. Miała zostać unieszkodliwiona nową metodą, która nie stwarzała zagrożenia dla środowiska naturalnego. Niestety - nie powiodło się, a ładunek został zdetonowany na dnie morza. Takich pamiątek pod drugiej wojnie światowej jest znacznie więcej. Nie tylko w formie konwencjonalnej. Na szczęście w Polsce przypadki wykrycia broni chemicznej są coraz rzadsze.

Tak dobrze nie jest w Norwegii. Tam na dnie Bałtyku znajduje się najwięcej broni chemicznej. Ale to, na razie, nie stwarza zagrożenia. O wiele większe doświadczenie w utylizacji niebezpiecznych substancji mają Niemcy. Jednak, jak mówią, wciąż nie ma dobrej metody wydobywania broni chemicznej. Właśnie, dlatego naukowcy stworzyli nowy projekt - Daimon, dzięki któremu w przyszłości będzie można skutecznie zarządzać obszarami, na których znajduje się broń chemiczna. Zarządzać i ocenić, czy substancje lepiej zostawić, czy wydobyć z dna. Największe nagromadzenie broni chemicznej w okolicach Bałtyku znajduje się w cieśninie prowadzącej do Morza Północnego. Tam toksycznych materiałów na pokładzie zatopionych statków może być nawet 200 tysięcy ton.